Jest taki czas, gdy każdy z nas staje się trochę populistą. Zazwyczaj czas ten przypada na okolice świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra.
To właśnie wtedy na zebraniach dyrekcja przedstawia sprawozdania finansowe. Dowiadujemy się ile wydaliśmy na materiały plastyczne i środki czystości. Jaką częścią budżetu całej jednostki są nasze wynagrodzenia i dlaczego nie powinniśmy narzekać na ich wysokość. Jest to także czas rozliczeń. Jako starzy wyjadacze nie mamy już złudzeń. Nie rozlicza się nas z naszych działań, z pomysłów i osiągnięć. Rozlicza się nas z wykonania planu finansowego na upływający rok. Ile zarobiliśmy, a ile powinniśmy byli zarobić. Czy w porównaniu z zeszłymi latami zanotowaliśmy wzrost czy spadek samofinansowania. Liczby nie kłamią i są bezlitosne, a słupki w sposób bezwzględny wskazują na naszą porażkę.
A przecież w przyszłym roku musimy zarobić jeszcze więcej - w końcu w strategię rozwoju na lata następne wpisany mamy wzrost samofinansowania. Obowiązkowo i obligatoryjnie. Systematycznie. Aż nastąpi dzień ostateczny i sfinansujemy wszystko. A potem się rozwiążemy i upadniemy, bo co będziemy robić wtedy, gdy osiągniemy upragnione 100% samofinansowania?
Ale wróćmy do sprawy populizmu. Bo w dniach, w których zakup dodatkowych sztalug wydaje się być szaleństwem, które narusza i tak wątłą stabilność finansową twojej jednostki, dowiadujesz się, że w tym roku (podobnie jak w kolejnych) miasto urządza imprezę sylwestrową. Imprezę dla mieszkańców, która w dodatku będzie transmitowana na cały świat. Jej koszt? Ponad cztery miliony. Miasto, bagatela, wyda ze swojej kasy na ową imprezę koło dwóch milionów.
A budżet roczny Mniejszego Ośrodka Kulturalnego w Większym Mieście? Plus minus dwa miliony.
Czasem tylko fakt, że musimy brać nielegalne, bezpłatne i nieistniejące nadgodziny sprawia, że nie wyszliśmy jeszcze na ulice i nie zablokowaliśmy miejskiej imprezy sylwestrowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz