nauka gry na mandolinach

nauka gry na mandolinach
http://www.sierpc.com.pl/

sobota, 13 grudnia 2014

„Kultura została poddana w najmniejszym stopniu mechanizmom rynkowym.” Mówi jeden z Raportów o Stanie Kultury. "O RLY?" odpowiadają Pracownicy Mniejszych Ośrodków Kulturalnych


A dalej czytamy o potrzebie deetatyzacji, elastycznym zatrudnianiu. A także – na niemalże tej samej stronie o dramatycznym wynagrodzeniu pracowników. A więc już wiemy – mniej etatów, samozatrudnienie, umowy o dzieło i wszystko będzie hulać.


 Otóż nie. 

 


Bo my wam powiemy, jak wygląda deetatyzacja i elastyczne zatrudnienie w domach kultury, ośrodkach kultury i innych tego typu instytucjach. Bo one istnieją. Wprawdzie nie na poziomie dyrektorów (których uparcie eksperci z MKiDN nazywają, nie wiedzieć czemu, ale po światowemu i korporacyjnemu – menedżerami), którzy pojawiają się z politycznego nadania, po cichu i bez konkursu, a potem już wypełniają swoje tabelki i piszą strategie rozwoju do końca życia. Ale na poziomie pracowników. Zatrudnianych na umowę – zlecenie lub umowę o dzieło. Za tak zwaną stawkę godzinową. Kilkadziesiąt złotych za godzinę. Czasem nawet mniej. Instruktorzy teatralni, tańca współczesnego, plastycy. Absolwenci uczelni artystycznych. Przychodzą na godzinę, realizują zaplanowany materiał (bo przecież każdy musi prowadzić dziennik zajęć, plany zajęć itp.) i znikają. Bo za godzinę mają zajęcia w innym domu kultury. A potem w kolejnym.

 

To oczywiście ma swoje konsekwencje. Trudno oczekiwać bowiem od pracowników jakiekolwiek głębszej więzi z „zatrudniającą ich” instytucją, skoro od instytucji nie otrzymują praktycznie nic. Szczególnie, że w większości przypadków instytucja oszczędza na czym tylko może – a w szczególności na infrastrukturze i materiałach. To rodzice kupują stroje baletowe – lub godzą się na doszyty do białych t-shirtów tiul.  Sorry, taki mamy klimat w kulturze, taką stylówę i realia.

 

Ale to nie wszystko. Nieustannie mamy także do czynienia z redukcją tych niepotrzebnych, złych etatów. Po co zatrudniać pracownika na cały etat, skoro można dać mu  5/6 etatu? 3/4? 1/3? 1/2? Przecież wiadomo, że swoje obowiązki wykona i tak, a czy przez to zostanie kilka godzin w pracy dłużej lub całą noc w domu wyklepywać będzie cyferki do dokumentu, to przecież nie ma znaczenia. Można także łączyć etaty – np. instruktor prowadzący warsztaty z rękodzieła może także sprzątać. A że jak piszą autorzy raportu w kulturze istnieje zjawisko „nadmiernej feminizacji zatrudnienia” wszystko zaczyna się zgadzać – w końcu miejsce kobiety jest w kuchni i przy miotle, prawda?

 

Kolejnym naszym ulubionym sposobem na deetatyzację jest outsorsing. Outsorsinguje się już wszystko – miłe panie sprzątające, portierów, konserwatorów, archiwistów, księgowość, promocję, prowadzących zajęcia. Spoglądając na malejącą liczbę pracowników zastanawiamy się czasem – czy nadejdzie moment, że jedynymi osobami zatrudnionymi w instytucji będzie dyrektor lub dyrektorka?

 

Drodzy Panowie Piszący Raporty – zapraszamy do nas. Z przyjemnością przedstawimy Panom realia naszej pracy. Lepiej niż GUS i odpowiedzialny za naszą jednostkę urzędnik, który nigdy nas nie odwiedził, za to któremu wysyłamy co miesiąc raport. I wtedy może przestaną Panowie Piszący Raporty pisać o potrzebie oursorsingu i elastycznego zatrudnienia, a zwrócą Panowie uwagę na nasz największy problem: brak godnych warunków do pracy, która polega na upowszechnianiu kultury, edukowaniu i wychowywaniu.

 

P.S.

„Fundamentalną barierą rozwoju instytucji kultury są dramatycznie niskie wynagrodzenia jej pracowników. To prowadzi generalnie do niskiej jakości ich kadr i nadmiernej feminizacji zatrudnienia.” – My z naszej strony powiemy tylko: Kultura jest kobietą. I problemem nie jest nadmierna feminizacja kultury, ale wasz szowinizm. I nam się wydaje, że jedną z barier rozwoju instytucji kultury są takie raporty jak ten. 



niedziela, 7 grudnia 2014

wszyscy jesteśmy populistami

Jest taki czas, gdy każdy z nas staje się trochę populistą. Zazwyczaj czas ten przypada na okolice świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra.

To właśnie wtedy na zebraniach dyrekcja przedstawia sprawozdania finansowe. Dowiadujemy się ile wydaliśmy na materiały plastyczne i środki czystości. Jaką częścią budżetu całej jednostki są nasze wynagrodzenia i dlaczego nie powinniśmy narzekać na ich wysokość. Jest to także czas rozliczeń. Jako starzy wyjadacze nie mamy już złudzeń. Nie rozlicza się nas z naszych działań, z pomysłów i osiągnięć. Rozlicza się nas z wykonania planu finansowego na upływający rok. Ile zarobiliśmy, a ile powinniśmy byli zarobić. Czy w porównaniu z zeszłymi latami zanotowaliśmy wzrost czy spadek samofinansowania. Liczby nie kłamią i są bezlitosne, a słupki w sposób bezwzględny wskazują na naszą porażkę. 
A przecież w przyszłym roku musimy zarobić jeszcze więcej - w końcu w strategię rozwoju na lata następne wpisany mamy wzrost samofinansowania. Obowiązkowo i obligatoryjnie. Systematycznie. Aż nastąpi dzień ostateczny i sfinansujemy wszystko. A potem się rozwiążemy i upadniemy, bo co będziemy robić wtedy, gdy osiągniemy upragnione 100% samofinansowania?

Ale wróćmy do sprawy populizmu. Bo w dniach, w których zakup dodatkowych sztalug wydaje się być szaleństwem, które narusza i tak wątłą stabilność finansową twojej jednostki, dowiadujesz się, że w tym roku (podobnie jak w kolejnych) miasto urządza imprezę sylwestrową. Imprezę dla mieszkańców, która w dodatku będzie transmitowana na cały świat. Jej koszt? Ponad cztery miliony. Miasto, bagatela, wyda ze swojej kasy na ową imprezę koło dwóch milionów. 
A budżet roczny Mniejszego Ośrodka Kulturalnego w Większym Mieście? Plus minus dwa miliony. 

Czasem tylko fakt, że musimy brać nielegalne, bezpłatne i nieistniejące nadgodziny sprawia, że nie wyszliśmy jeszcze na ulice i nie zablokowaliśmy miejskiej imprezy sylwestrowej.  

piątek, 14 listopada 2014

Samofinansowanie

"Zgodnie z ustawą organizator czyli gmina nie musi całkowicie finansować  działalności instytucji". To właśnie te słowa powinny widnieć nad drzwiami prowadzącymi do każdej instytucji kultury. Nimi powinny być opatrzone wszystkie druki wychodzące z naszych instytucji, każdy list, umowa, każda ulotka czy plakat.



Bo nie ma słów, które bardziej niż te wpływałyby na naszą rzeczywistość. Nikt nas nie musi finansować w całości. W końcu przecież mamy granty, mamy dotacje ministerialne, czasem jakiś bank otworzy konkurs grantowy. Mamy także, nieodnalezionych jeszcze, ale przecież istniejących gdzieś tam, w wysokich wieżowcach ze szkła, sponsorów, do których wystarczy tylko dotrzeć.

Gdzieś na horyzoncie majaczą te magiczne słowa, które co miesiąc wypowiada dyrekcja: "SAMOFINANSOWANIE".

Bo przecież możemy sami na siebie zarabiać, prawda?


Jak? To proste:



Możemy wynajmować sale na pezentacje. Tak, to etycznie naganne, ale z czegoś prąd trzeba zapłacić. Przyjeżdzają do nas sprzedawcy-prezentwerzy w szarych garniturach, z wagami, miarami, garnkami, pościelą z wielbłąda albo merynosow. Nie bierzemy dużo, kilkadziesiąt złotych za godzinę. Czasem w przerwie zdążymy szepnąć klientom, których przecież znamy, bo przychodzą do nas na kurs komputerowy, na kawę, na plotki - proszę nic nie kupować.



Możemy także organizować wydarzenia artystyczne. Takie, oczywiście, które na siebie zarobią a może nawet przyniosą dochód. Codziennie przychodza propozycje od agencji - wystarczy tylko sięgnąć i voila! Taki zespół coverowy "XYZ", który jest przez swoją agencję reklamowany hasłem "wyśmienita zabawa za niewygórowaną cenę!", a w programie którego znajdują się:

Szalone lata 60 m.in. – „Obladi oblada”, „Tak bardzo się starałem”

Roztańczone lata 70 – m.in. – „ Daddy cool”, „One way ticket”

Kolorowe lata 80 – m.in. – „Cherry lady”, „Flames of love”

Dobre , bo polskie - m.in. – „Małgośka”, ” Mój przyjacielu”

Przeboje polskiego rocka m.in. – „ Ale w koło jest wesoło”, „ Mniej niż 0”

Możemy organizować andrzejki, mikołajki. Wstęp - 30 zł (z paczką) lub 5 zł (bez paczki). Kursy komputerowe. Plastykę. Kogoś nie stać? Trudno, przykro nam, niestety, ale nie.

I oczywiście - piszemy granty. W tym roku są na zajęcia teatralne. W przyszłym - może będą granty na komputery. Na infrastrukturę. Musimy być elastyczni, bo przecież nie wiemy, jaki program grantowy wprowadzi ministerstwo na przyszły rok. Może będą pieniądze na pracę z seniorami. A może tylko na pracę z dziećmi? Lub gimnazjalistami? Mamy plan na 12 miesięcy. A potem? Potem zobaczymy.








czwartek, 30 października 2014

Dzień z życia

Gdyby ktoś kiedyś zastanawiał się jak wygląda dzień z życia Pracownika Mniejszego Ośrodka Kulturalnego to śpieszymy z relacją. Bo nie jest on ani krótki, ani łatwy, ani prosty. 
Bo po odpaleniu komputera rozpoczyna się codzienna nerwowa prasówka - a nuż gdzieś się znajdzie jakiś grant. Dofinansowanie. Dotacja. Cokolwiek. Na zakup materiałów plastycznych, na zaproszenie gości, na wyjazd, na warsztaty. Nie w głowie nam wielkie projekty, wielomilionowe kontrakty i nazwiska w prasie. Już prędzej kredki, płótno. 

Jeśli się coś znajdzie - radość. I pisanie. I liczenie. Jeśli nie - rozpoczynamy proces czasochłonnego "załatwiania". Bo może ktoś ze znajomych znajomych przyjedzie i poprowadzi warsztaty z wzronictwa albo z projektowania czcionek. A może znajdzie się ktoś, kto po godzinach i z dobego serca zrobi zajęcia z improwizacji. Możliwości jest wiele, w końcu liczba znajomych i znajomych znajomych nie mówiąc już o znajomych znajomych znajomych może być nawet nieskończona. Zresztą, każdy z nas cierpi na chorobą duchową zwaną społecznictwem. Dzwonimy zatem i piszemy, niezrażeni, bo może jacyś studenci, może jakaś instytucja pomoże, wesprze. 

Początki bywają trudne, ale po jakimś miesiącu bez najmniejszych trudności (i zahamowań) już po pierwszych pięciu minutach spędzonych ze znajomą/znajomym, nawet jeśli od miesięcy się nie widzieliśmy, Pracownik Mniejszego Ośrodka Kulturalnego jest w stanie wyrzucić z siebie (wyciągając przy tym opasły kalendarz): "Słuchaj, może być chciał coś zrobić u mnie z dzieciakami/młodzieżą/dorosłymi/seniorami?". Bo właśnie realizuje taki a nie inny program aktywizacji, wpadł na pomysł, realizuje misję swojego miejsca pracy. 

Więc Pracownik Mniejszego Ośrodka Kulturalnego szuka i prosi, pisze i dzwoni. Załatwia. Choć teoretycznie mógłby zrobić kursy z gitary, języka angielskiego, takie trochę tańsze od tych komercyjnych (bo w końcu jest misja no i warunki też nie takie jak w prywatnej szkole). Ale nie, przecież ten Mniejszy Ośrodek Kulturalny mógłby być inny, trochę bardziej otwarty, trochę ciekawszy. Może nawet z darmowymi warsztatami. 

A potem, już pod koniec dnia musi napisać plan rozwoju, w którym obligatoryjnym punktem jest "zwiększenie stopnia samofinansowania się ośrodka". A działaniami - płatne kursy, wynajęcia sali, zdobycie sponsorów. 









wtorek, 28 października 2014

dobry PR to podstawa - czyli gdy spec of PR spotyka się z instytucją kultury




Dziś, wiadomo, dobry PR to wszystko. Czasy, w których GUS zakup telewizora wlicza do wydatków na kulturę są szczególnie ciężkie dla instytucji kultury - a szczególnie dla małych, peryferyjnych ośrodków kultury.

W takich przypadkach dyrektorzy często szukają pomocy i wysyłają swoich pracowników różnego szczebla na rozmowy ze specjalistami. W cenie są zwłaszcza specjaliści od wizerunku i rebrandingu, zaprawieni w bojach z napojami gazowanymi, sieciami telefonicznymi, komercyjnymi rozgłośniami radiowymi i innymi. 

I tak załamani i podłamani, ale pełni nadzieji wkraczają pracownicy niższego szczebka na spotkanie z suto opłacanymi, pełnymi sukcesów rekinami reklamy. W ich głowach pełno pomysłów: może akcja malowania murali, może jakieś warsztaty filmowe podczas których powstanie film reklamowy, może jakaś akcja wiralowa, może... 

Ale rzeczywistość jest bezwzględna. Malowanie murali? Warsztaty filmowe i film wiralowy? Nie, jednym ruchem głowy specjalista od PR odrzuca te pomysły. Trzeba myśleć na większą skalę. Trzeba postawić na działania o znacznie większym zasięgu. Serce Pracownika Mniejszego Ośrodka Kultury Większego Ośrodka Miejskiego zamiera. 

I nagle słyszy to słowo, które każdego przyprawia o palpitacje serca - ulotki. Dużo ulotek. Dużo kolorowych ulotek. A ponieważ te właśnie ulotki mają jeden z najniższych współczynników sukcesu (mniej ma tylko lista mailingowa i poczta gołębia) to trzeba wydrukować ich więcej. I rozdać więcej. nie sto, nie pięćset i nawet nie tysiąc, ale pięć tysięcy, sześć, siedem. 

I przybity pracownik mniejszego ośrodka kultury powraca uginając się pod ciężarem kilku tysięcy ulotek, które będzie musiał rozdać. Sam, bo nie ma pieniędzy na zatrudnienie kogoś na drugi etat, a etyczny pracownik mniejszego ośrodka kultury nie wyśle w listopadową pluchę żadego z wolontariuszy. Choćby dlatego, że żadnego nie posiada. 

czwartek, 23 października 2014

z cyklu: tworzenie oferty


W mniejszych instytucjach kultury szczególny nacisk kładziemy na ofertę. Szukamy wolontariuszy, instrutorów, wymyślamy ciekawe i inspirujące zajęcia.


Nie zawsze jednak są na to fundusze. W takich sytuacjach dyrektorzy zazwyczaj proponują, by pracownicy niższego szczebla postawili na niekonwencjonalne metody i zajęcia.







środa, 22 października 2014

Inwentarz

Od dawna uważamy, że zasoby Mniejszych Ośrodków Kulturalnych zasługują na szczególną uwagę, może nawet powinnny stać się inspiracją do realizowanego (oczywiście w Większych Ośrodkach Kultury) projektu artystycznego.

Bo proszę sobie wyobrazić sytuację, w której okazuje się, że nie tylko portret śp. Cyrankiewicza znajduje się w schowku, to jeszcze wpisany jest w inwentarz stały jednego ze znanych nam Domów Kultury.

W takich sytuacjach plastikowy baranek i strój Mikołaja nie budzą już chyba żadnego zdziwienia.