Dziś, wiadomo, dobry PR to wszystko. Czasy, w których GUS zakup telewizora wlicza do wydatków na kulturę są szczególnie ciężkie dla instytucji kultury - a szczególnie dla małych, peryferyjnych ośrodków kultury.
W takich przypadkach dyrektorzy często szukają pomocy i wysyłają swoich pracowników różnego szczebla na rozmowy ze specjalistami. W cenie są zwłaszcza specjaliści od wizerunku i rebrandingu, zaprawieni w bojach z napojami gazowanymi, sieciami telefonicznymi, komercyjnymi rozgłośniami radiowymi i innymi.
I tak załamani i podłamani, ale pełni nadzieji wkraczają pracownicy niższego szczebka na spotkanie z suto opłacanymi, pełnymi sukcesów rekinami reklamy. W ich głowach pełno pomysłów: może akcja malowania murali, może jakieś warsztaty filmowe podczas których powstanie film reklamowy, może jakaś akcja wiralowa, może...
Ale rzeczywistość jest bezwzględna. Malowanie murali? Warsztaty filmowe i film wiralowy? Nie, jednym ruchem głowy specjalista od PR odrzuca te pomysły. Trzeba myśleć na większą skalę. Trzeba postawić na działania o znacznie większym zasięgu. Serce Pracownika Mniejszego Ośrodka Kultury Większego Ośrodka Miejskiego zamiera.
I nagle słyszy to słowo, które każdego przyprawia o palpitacje serca - ulotki. Dużo ulotek. Dużo kolorowych ulotek. A ponieważ te właśnie ulotki mają jeden z najniższych współczynników sukcesu (mniej ma tylko lista mailingowa i poczta gołębia) to trzeba wydrukować ich więcej. I rozdać więcej. nie sto, nie pięćset i nawet nie tysiąc, ale pięć tysięcy, sześć, siedem.
I przybity pracownik mniejszego ośrodka kultury powraca uginając się pod ciężarem kilku tysięcy ulotek, które będzie musiał rozdać. Sam, bo nie ma pieniędzy na zatrudnienie kogoś na drugi etat, a etyczny pracownik mniejszego ośrodka kultury nie wyśle w listopadową pluchę żadego z wolontariuszy. Choćby dlatego, że żadnego nie posiada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz